Drukuj

Jakiś czas temu nasz biblioteka została wyzwana w jednym z fejsbukowych chelendżów... #16wersówzksiag to książkowa wersja #Hot16challenge2. Wyzwanie realizujemy przy okazji wirtualnego spotkania z Marcinem Kępą - bohaterem dzisiejszego odcinka cyklu "Radomscy pisarze..." i to z tytułów jego książek układamy wiersz... A że nie 16-wersowy... No cóż, nasz autor za krótkie tytuły daje swoim książkom 

paczka radomskich
w twierdzy radom
było lepiej
balkony...
sekrety...
radomia zresztą 

***
Trzy inne miesiące. Czy coś u mnie się zmieniło? Nie wiem, czas pokaże. W kilku przynajmniej aspektach przemiana jest możliwa. Jako zatwardziały konserwatysta w kwestii mediów społecznościowych przeszedłem przecież coś na kształt metamorfozy. Zdalna praca, która stała się moim udziałem przez blisko kwartał, niejako zmusiła mnie do swoistego wewnętrznego przewartościowania; z dnia na dzień coraz bardziej zagłębiałem się w Internet, lajkowałem, skrobnąłem parę krótkich komentarzy.

Nie było jednak lepiej. Zmęczenie siedzeniem w domu było większe niż regularne chodzenie do pracy i żywe kontakty towarzyskie. Mikołaj - mój jedenastoletni syn - zadręczał mnie, żebym z nim w domu grał w piłkę. Poszło parę domowych sprzętów, przerzuciliśmy się więc na rzuty do drzwiowej bramki miękką maskotką. Starsza córka, prawie dorosła, nie wychodziła ze swojego pokoju, chociaż parę razy - ku zdziwieniu domowników - upiekła coś z internetowych przepisów. Żona, lekarka, wracała z pracy przygnębiona i wykończona. Kontakt z żywym pacjentem zastąpiła w znakomitej większości teleporadami. To tak jakbyś jadł cukierek w papierku albo całował się z monitorem, z którego uśmiechają się do ciebie drogie ci oczy i usta.

Poza tym - lekka depresja, katar (w domu zimno, odkąd nie grzeją), wściekłe czytanie (nadrobiłem, nadrobiłem), filmy (mało), e-nauczanie dzieci (pierwsze dwa tygodnie graniczyły z koszmarem sennym) i próby normalnego życia (spotkania z ludźmi jednak były, nawet z tańcami). Dużo alkoholu, prawie jak na studiach, papierosy. Wieczory od doła do euforii, rano odwrotnie. Setka skorygowanych etatowo tekstów, jeden - dłuższy, krytycznoliteracki, napisany dla "Miastotwórczości", dwa e-spotkania z filozofami, trzy obowiązkowe teksty do radomskiej "Wyborczej" - jeden bardzo osobisty, o babci, która zmarła tuż przed zamknięciem kraju. No i krótkie opowiadanie, popełnione jako forma zachęty dla uczestników konkursu literackiego "Raport z zagrożonego miasta", ogłoszonego przez "Resursę" ponad dwa miesiące temu. Właściwie w nim zawarłem - pod postacią narratora, podstarzałego snoba i kabotyna - całą wewnętrzną gorycz i niepewność czasu kwarantanny. Złość na maski, w sensie nie tylko dosłownym. Złość na ludzi. Niepokój. O reszcie kwarantannowego dorobku nie warto wspominać, jest już na śmietniku.

W kwestii poniższego tekstu zaznaczę jednak, że to tylko jedna strona medalu. Na szczęście druga, weselsza część mojej natury, nie zachęca do pisania.

DYLEMAT
W ostatnim czasie moje życie towarzysko-uczuciowe nabrało intensywnych barw. Nie to, żeby wcześniej było z tym specjalnie gorzej tudzież bardzo źle, broń Boże! Jednak teraz absolutnie wszystkie wskaźniki towarzyskości poszły u mnie tak w górę, że umysł mój i ciało pracowały odtąd w pełnej symbiozie, wydzielając istne gejzery hormonów szczęścia (albo - rzecz trochę trywializując - zwykłego, ordynarnego zadowolenia z siebie). Wszystko, przyznam się, za sprawą dwóch pięknych kobiet; wciąż nie wiedziałem, świeżo upieczony przedwczesny emeryt, na którą mam się zdecydować. Za to one wiedziały aż nadto dobrze. Dbały o mnie jedna przez drugą, prześcigały się w miłości, zawsze miały ciepłe słowo i szybko stały się solidnym oparciem dla mojej chwilowej chandry. Nie wiedziały o sobie, więc bezwiednie rywalizowały o mnie w codziennych rozmowach, spotkaniach, przesyłanych na potęgę wiadomościach.

Maria i Magdalena - zupełnie jak biblijna jawnogrzesznica w dwóch odsłonach: ciemnej (Marysia była brunetką) i jasnej (druga miała długie blond włosy). A ja? Byłem, hm, cokolwiek rozdarty, jak sosna u Żeromskiego we wrogich mi niegdyś rejonach kielecczyzny. Do Antygony nie śmiałem się, maluczki, porównywać, choć przeczuwałem, że jeśli w porę się nie zdecyduję, dojdzie do nieszczęścia i mogę obie stracić. Któregoś razu zresztą omal na siebie u mnie nie wpadły; uratował mnie sąsiad, który w porę dał znać. To chyba właśnie wtedy zdecydowałem się na ten szalony krok - zaprosić je jednocześnie na kolację, niech dowiedzą się o sobie, niech dojdzie do konfrontacji, choćby ostrej, byleby wreszcie dokonał się wybór...

Zdecydowałem się na kolację w domu. Moje rodzinne miasto od niedawna jakby zamarło, wyludniło się. Wiosna - wciąż zimna - jakoś nie zachęcała do długich spacerów śródmiejskim deptakiem czy wizyt w lokalach. Po nie sprzątanych ulicach walały się foliowe torebki i rękawiczki, rzadcy przechodnie wtulali twarze w kołnierze, patrząc po sobie spode łba. W niczym mi to w sumie nie przeszkadzało. Nigdy nie lubiłem tłoku. Jako stateczny obywatel i mieszczanin ceniłem sobie nade wszystko spokój, który - rzec oczywista - najlepiej skłaniał do refleksji. A ja przecież miałem nad czym myśleć. I wymyśliłem, że jak już Maria i Magdalena spotkają się u mnie, pogadamy o mieście. To będzie swoisty test. Skieruję rozmowę na takie tory, żeby nie mogły się wykręcić - kochają to miejsce czy nie? Wygra ta, która... Zresztą zobaczymy.

Zjawiły się obie punktualnie - moja pedanteria była w mieście powszechnie znana i dobrze wiedziano, że nie toleruję spóźnień, nawet u pięknych pań. Magda zaraz zapaliła nerwowo papierosa. Byłem tak przejęty sytuacją, że dym, którego na co dzień nie znoszę, nie przeszkadzał mi w niczym.
- Co robi tu ta pani z papierosem?- Maria miała nieprzyjemnie skrzeczący, trochę metaliczny głos. Na jej zmęczonej twarzy zauważyłem grymas zdziwienia pomieszanego z niezadowoleniem.
- A co - Magda zawiesiła głos - robi tu ta...
- Posłuchajcie - starałem się nadać swojemu głosowi rzeczowy i spokojny ton - zaprosiłem was obie na to spotkanie, bo mam wrażenie, że coś jest nie tak. Nie z wami, broń Boże, a ze mną. Chcę się was zapytać i zdecydować...
- Już chyba rozumiem - po tych słowach Magdy jej niedopalony papieros wylądował w niebieskiej popielniczce z herbem miasta. - Chciałeś sprawdzić, czy istniejemy naprawdę, tak? Czy nie jesteśmy projekcją twojej podstarzałej wyobraźni, awatarami chorej i samotnej duszy...
- Nie kończ - poszła jej w sukurs Maria. Jej wysoki głos drżał nienaturalnie. - Nie warto. Ten człowiek jest straszliwym egoistą, zadufanym w swojej małomiasteczkowości typem, którego można z powodzeniem pokazywać w szkole jako klasyczny przykład patologicznego kłamcy i mitomana. Wymyślił nas sobie w tym samotnym mieście i próbuje nami manipulować. Taką znalazł sobie zabawę. Jesteśmy lekarstwem na jego kompleksy.
- Niech więc bawi się dalej, gra, niech brnie w to ta, ta... kreatura! Ten, pożal się Boże, miejski aktywista, co nigdy nie skalał się żadną poważną pracą, za to roi mu się w tym siwym łbie, że każ...dą...
Magdalena nie dokończyła. W połowie jej perory padł mi Internet i nagle zapanowała przejmująca cisza. Dobrze, że nie wyłączyli jeszcze prądu, bo perspektywa samotnej kolacji przy świecach byłaby już dla mnie nie do zniesienia.
Marcin Kępa

PS. Gratulacje dla Grześka Bartosa i Adriana Szarego za teksty na stronie Biblioteki - uśmiałem się.